Auta do ślubu

Nie czytaj tego!

… i powiozą mnie autem do nieba.

Czy już to przeżywałyście? Własny ślub? Z jednej strony wydaje się, że jest to najpiękniejszy dzień w życiu, z drugiej nie ma chyba innego dnia, w którym nieprzewidziane problemy wyskakują jak grzyby po deszczu. Byłam przygotowana na niemal wszystko: że fotograf złamie rękę, że catering spóźni się z obiadem, a nawet tego, że przyszła teściowa podstawi mi nogę przy wejściu do kościoła, ale żeby mój miły? Mój własny wybranek? Ten, z którym mamy ramię w ramię podejść do ołtarza? Tego bym się zgoła nie spodziewała, a jednak…

Wszystko zaczęło się kilkanaście dni wcześniej, kiedy przeglądałam przepastne zasoby Internetu w celu poszukiwania czegoś, co jeszcze bardziej uświetni ten dzień. Chciałam, żeby było wyjątkowo, żeby było uroczyście, inaczej niż zwykle. W końcu przecież jest to jedyny dzień w życiu. Z wybranym facetem, w wymarzonej sukni, wśród tłumu gości i wzruszonych rodziców… no, sami doskonale wiecie, jak to wszystko wygląda. Więc aby ten dzień uczynić JESZCZE bardziej niezwykłym, postanowiłam, że do ślubu pojedziemy niezwykłym autem – stąd to moje przeszukiwanie Internetu. Chciałam zrobić pompę. Coś z jajem. Poczuć się jak…, no niech będzie, przyznam się bez bicia: jak księżna Kate. Chociaż jeden raz w życiu, w dniu mojego ślubu. Niestety mój wybranek nie chciał zostać księciem Williamem nawet na jeden dzień.

Ale po kolei. Przeszukiwanie Internetu zaowocowało znalezieniem istnego cudo: Alfa Romeo Spider, replika z 1934. Wystarczyło, że rzuciłam na nie okiem i już wiedziałam: to jest to. Poczułam, że pragnę i że nic innego nie wchodzi w grę. I już mniejsza o szczegóły: siedzenia z prawdziwej skóry, chromowane dodatki, czy szprychowe koła… Najważniejszy był ten niezwykły powiew magicznego luksusu, jakby kawałek królewskiego życia wjechał do zwykłej rzeczywistości. Nagle jedna myśl sprowadziła mnie na ziemię: a co z terminem? Czy mają wolny? Drżącymi rękami wpisałam w formularz datę swojego ślubu. Uff. Odetchnęłam z ulgą. Ten akurat był wolny. Nie czekając na to, aż ktoś mi go zwinie, zadzwoniłam, żeby go zarezerwować, zaklepać, żeby już na sto procent był mój. Dodzwoniłam się do bardzo fajnego i konkretnego gościa. Omówiliśmy wszystkie szczegóły, odłożyłam słuchawkę i… zorientowałam się, że załatwiłam sprawę sama a mój luby nie ma o niczym zielonego pojęcia. Cholerka. Wprawdzie tysiąc złotych to nie majątek, szczególnie w kontekście budżetu ślubnego, ale… Ale, ale, przecież można wszystko podciągnąć pod niespodziankę, czyż nie? Tak też właśnie zrobiłam.

Na kilka dni przed ślubem oświadczyłam:

– Kochanie, o wóz nie musisz się martwić. Wszystko już załatwione.

– Rozmawiałaś już z Darkiem? – Darek to kuzyn, który kupił sobie ostatnio całkiem niezłego mercedesa. Co tam jednak mercedes, gdy miałam w zanadrzu coś o wiele, wiele lepszego. A poza tym jak by to wyglądało po latach? Prawda jest taka, że im nowszy samochód, tym szybciej się starzeje. A TAKIE auto? Jest jak antyk – czas tylko dodaje mu romantycznego polotu.

W tamtym momencie jeszcze nie wyprowadzałam swego lubego z przeświadczenia, że nie będziemy jechać samochodem Darka. W końcu jak niespodzianka, to niespodzianka.

W końcu nastał TEN DZIEŃ. No i się zaczęło: ferwor ostatnich przygotowań, gonitwa do fryzjera, doglądanie cateringu, powtarzanie po raz setny ślubnych formułek, zakładanie sukni, poszukiwanie na gwałt czegoś niebieskiego. I tak dalej, i tak dalej. Kto przeżył ten wie.

Ledwie zdążyłam się ze wszystkim wyrobić, a już trzeba było do kościoła jechać. Niech więc nie dziwi nikogo, że zanim zdążyłam szepnąć mojemu lubemu o tym, że do kościoła pojedziemy niespodzianką, magiczny Alfa Romeo Spider już się u nas pojawił. A gdy zobaczył go mój ukochany mężczyzna…

– Co to do cholery jest! – krzyczał zupełnie wyraźnie i całkiem donośnie. I na nic się zdały moje wyjaśnienia, że to niespodzianka, że moje marzenie, że luksus i że fajnie byłoby przejechać się chociaż raz w życiu TAKIM wozem. Nie działały na niego ani prośby, ani groźby, ani nawet odwoływanie się do zdrowego rozsądku. Już wpadałam w panikę, gdy ratunek przyszedł z zupełnie nieoczekiwanej strony:

– Ja nie mogę! – krzyknął z zachwytem w głosie Darek, ten od mercedesa. – Alfa Romeo Spider!

– Że co? – odezwał się mało kulturalnie mój luby.

– Stary, czy ty widzisz to samo, co ja?! – Darek nadal unosił się zachwytem. – Czy wiesz, co to za cudeńko? Spider! Produkowany w latach trzydziestych. Najlepszy sportowiec swoich czasów. Zajebioza! Wygrywał Grand Prix Włoch i Rajd Tysiąca Mil – Tu nastąpiło dziesięć minut biegania wokół samochodu i zachwyt wyrażany nieartykułowanymi dźwiękami. Z pojedynczych słów można było tylko usłyszeć: chromowane dodatki, deska rozdzielcza, istne cudo.

Cóż mój przyszły mąż mógłby zrobić po TAKIM wystąpieniu? To, co powinien był zrobić od razu – uściskać swą ukochaną przyszłą żonę i podziękować serdecznie, że chociaż raz będzie mógł się przejechać takim autem. Nie co dzień można sobie pozwolić na luksus spełniania TAKICH marzeń.